Zanosiło się na to, że pierwsze sześć miesięcy 2010 roku będzie obfitować w tytuły grzechu warte i tak jest w istocie. U mnie jednak nie filmowy i klimatyczny Heavy Rain, nie mocarny i brutalny God of War III, wywoływały największe drżenie rąk. Robił to Red Dead Redemption. Jednak po spacerze, gdy zaciągając się dymem myślałem o grze, która czekała w domu na odpalenie, byłem spokojny. Płytkę wkładałem do konsoli pewną ręką, bez obaw iż cokolwiek mogłoby się tu nie udać. Jakie uczucie towarzyszy mi teraz, gdy już wiem co to znaczy być bezwzględnym rewolwerowcem na Dzikim Zachodzie?
CZYTAJ DALEJ »